Irole (bo o nich mogę najwięcej napisać), podobnie jak Angole (bo o nich też miałem okazję sobie wyrobić zdanie) wpadli w swoistą panikę. Przyzwyczajeni do stabilizacji na wszelkich płaszczyznach życiowych, rozsmakowani w dobrobycie, traktujący ciągły rozwój i polepszanie się warunków życiowych jako coś stałego i święcie im należnego, z nieukrywanym szokiem zareagowali na masowe przestoje, obowiązkowe urlopy, a ostatecznie masowe zwolnienia…

Irlandzkie maciory i tak się na tym spasąChoć początkowo - niczym na widok śniegu, który jest tu zjawiskiem rzadkim – wykazywali oni również entuzjazm, pomieszany nieco tylko z niepokojem. Oto bowiem pojawiła się opcja opłacalnych zakupów w UK (mając Euro w dobrej cenie). Niestety wszelkie pozytywne emocje ostygły ze względu na problemy irlandzkich banków, wspomniane redukcje w firmach dużych i małych oraz rosnące koszty życia codziennego. Przeciętny Irol zrozumiał, iż nie zmieni w tym roku autka, nie pojedzie na dwa tygodnie byczyć się gdzieś w tropikach, że trudno będzie mu zapełnić dom nowymi gadżetami i przepijać beztrosko setki Euro co weekend w pubach i klubach… Tak, to się nazywa kryzys! Jednym słowem – przejebane. Oto więc kraj, w którym przyzwyczajono się gładkiej i prostej drogi do coraz większego dobrobytu, wtacza się aktualnie na bolesną, wyboistą i krętą drogę ekonomicznego, społecznego, gospodarczego marazmu, a tabun Koników Polskich już nie jest tak liczny i silny, jak kilka lat temu.

Kij jednak w ryj hobbitom – bo tak zwykłem nazywać Irlandczyków ze względu na zamiłowanie do trunków, imprez, specyficzny tok rozumowania oraz bardzo niszową urodę.

Co oznacza jednak taka sytuacja dla przeciętnego Polaczka? Ano, trzeba sobie chyba uświadomić, iż nie ma już czegoś takiego jak “przeciętny Polaczek na Wyspach”... Polactwo na Wyspach Szczęśliwych jest tak bardzo zróżnicowane, iż nie sposób wyprowadzić jednego li tylko schematu zachowań. O ile generalizacja nigdy nie jest chwalebnym podejściem do jakiegokolwiek tematu, o tyle czasem nie sposób jej uniknąć, a w przypadku wspomnianych Iroli jest to wręcz kurewsko łatwe… przynajmniej dla mnie. Polacy jednak wciąż mnie tu zaskakują.

W obliczu kryzysu najgorzej mają się nasi Rodacy pozbawieni zdolności lingwistycznych. Chodzi więc częstokroć o tępą masę tłuków, którym i tak było ciężko jeszcze przed kryzysową sytuacją. Zatrudnieni zazwyczaj na budowach, w ekipach remontowych, magazynach, fabrykach itd. - są pierwsi do odstrzału… Budownictwo stanęło, a – i tak skromna – produkcja została zredukowana. Stąd cała masa Zenków, Heńków i Zdziśków oraz Helenek znalazła się w tzw. głębokim gównie. Kwiat naszego społeczeństwa robotniczego, ci którzy przyjechali “jebać, niczym murzyni” na tzw. lepsze jutro (co często należałoby brać dosłownie i oznacza nawalenie się następnego dnia Bavarią albo Tuborgiem lub jakimś tanim cydrem), znaleźli się w sytuacji dość tragicznej. Bo o ile dawniej - wizy i kontrolowany przepływ emigrantów wymuszały na nich choć minimalny poziom języka obcego, o tyle otwarcie granic pozwoliło nawet największym ofiarom spierdolić na wiecznie zieloną trawkę Wysp Szczęśliwych…

Koszulki, wibratory, chuje-muje
I człek widzi ich wieczorami w supermarketach, przed lodówkami z tanim mięsem albo tanim chlaniem. I żałość bierze, patrząc na ich zaszklone oczy, tępo wpatrzone w dal, jakby szukające tego, co odeszło i zapewne niezbyt szybko wróci. Stąd nie dziwią onetowskie newsy, zwracające uwagę, iż odsetek samobójstw wśród emigrantów rośnie. Biedne bydło nie ma ochoty wrócić, bo na zerze to przecież dyshonor. Zostać też trudno, bo rachunków nie ma z czego płacić a pomoc socjalna to tzw. “dawno i nieprawda”. Żeby jeszcze można było puszki sprzedawać, to by się jakoś zapłaciło jeden czynsz tym, co jest po mieszkaniu porozrzucane… Niemniej jednak banda degeneratów nie jest w stanie się w pełni podnieść. Wiekowo, subkulturowo i geograficznie reprezentują szeroki wachlarz Polaków. Od młodych drechów, anarchistów, neonazistów, szatanów, po menelstwo wszelakiej maści oraz starej daty błękitne ptaki… Szmule spod dyskoteki stoją więc w kolejce po zasiłek wraz ze starymi, bezzębnymi kurwami - dumnie prostując głowę i nerwowo dreptając w miejscu, czekają na choćby kilka jurków zapomogi. Ściana Wschodnia zderza się z Góralami i Śledziami, a Ślązacy podejrzliwie łypią na Warszawkę... Wszyscy sprawiają wrażenie, jakby ich ktoś wypuścił z: poprawczaka i/lub więzienia, i/lub z Monaru, i/lub z noclegowni, i/lub jakieś pierdolonej krypty w Fallout 3.

Pies ich jednak jebał, oni zawsze dają sobie radę... W najgorszym wypadku dostaną darmowy bilet na autobus i wrócą ssać nasz - i tak znajdujący się już w głębokiej agonii - socjal.

Ciekawsza jest warstwa średniaków. Tych, co nosili się dumnym mianem wykształciuchów, którzy spierdolili z Polszy, bo tam im śmierdziało kaką na całej linii… Szczerze pisząc: dziwnym trafem większość jest po zawodówce. Owszem - oni próbowali coś studiować (studium zawodowe, licencjat, czasem magisterskie studia), ale po semestrze wymiękli, bo ambicji starczyło jedynie na planowanie tego jak to się ustawią po studiach, jaką to kasiorę będą trzepać, coby nie zapierdalać w pocie czoła do późnej starości, jak w przypadku szanownych rodzicieli.

Pierdolić jednak wykształcenie, które ostatecznie okazuje się sprawą zupełnie nieistotną w kontekście dojrzałości, silnego charakteru, ambicji, czy też umiejętności. W każdym razie średniaków wyróżnia swoista otwartość umysłu, a tym samym znajomość języka, w stopniu komunikatywnym i spory odsetek to zaiście fajni, łebscy ludzie. Ci też mają w dobie kryzysu prawdziwą ruletkę życiową i tych mi chyba najbardziej szkoda. Gdy mają pecha, tracą dobre, stałe posady, mimo iż są dobrzy w tym co robią i szczerze pisząc jedynym li tylko kryterium podczas zwolnienia okazuje się obce pochodzenie (maskowane tzw. zewnętrznymi, zupełnie obiektywnymi względami). Mając szczęście - doświadczają oni jedynie redukcji godzin lub/i degradacji na jakieś gorsze stanowiska (poszerzenie wachlarza obowiązków, który i tak był nie mały, gdyż wiadomo od zawsze, iż Polaczek, Rusek, Czech wyrobi 150% normy). Ta warstwa Polaków na emigracji - mimo, iż pozornie wciąż częstokroć w dobrej kondycji - zaczyna zdradzać oznaki zmęczenia materiału. Ci też nie zawsze mają do czego wrócić, bo oznaczać to będzie start praktycznie od finansowego zera lub małego plusu. W każdym razie dadzą sobie zapewne radę w Polsce, po krótkim czasie rekonwalescencji oraz przyzwyczajenia się do nowych-starych warunków IV lub też już może V RP.

Istnieje jeszcze warstwa - dość nieliczna - Polaków doskonale przystosowanych, których dojścia, kontakty, stopień zażyłości, a wreszcie wykształcenie i fachowość gwarantują stabilną sytuację na Wyspach Szczęśliwych, nawet w obliczu długoletniego kryzysu. Nie boją się oni zmian (pracy, domu, miasta, czy też nawet kraju), gdyż wierzą w siebie - nie bezpodstawnie. Poza tym - pochodząc z kraju, gdzie lokalna normalność mogłaby zostać nazwana przez obcokrajowców długotrwałym kryzysem - mają oni ogromną odporność na wszelkie wahnięcia ekonomiczne, społeczne, polityczne i dość trudno ich przestraszyć zaciskaniem pasa i niepewnością. Oni już zaprawę w tych dziedzinach przeszli w Ojczyźnie - za co dziękują, z wyrazami szczerej niewdzięczności. Tym nie chce się wracać, a co dopiero płakać, łkać, kurwić, upijać się, kraść, zabijać się... Oni spokojnie czekają, aż Euro osiągnie wartość 5 złotych, coby dokonać soczystego przelewu na polskie konto i ładnie to przewalutować. Oni spokojnie uśmiechają się do podenerwowanych irlandzkich szefów i kierowników, klepiąc ich po plecach i uspokajając, że wszystko będzie dobrze! Why So Serious?. Jebane cwaniaki, hehe…
Tanie bilety już nie takie tanie. Hahahhaa!

A w Polszy? A w mojej Kochanej Polsce nie ma kryzysu. Jest tylko gospodarcze spowolnienie. Nie ma więc potrzeby tworzyć planów awaryjnych, nie ma się czym martwić... Litwa, Łotwa, Ukraina, Białoruś - to przecież kraje tak zacofane w stosunku do naszej wysoko rozwiniętej Ojczyzny, do tego naszego Tygrysa Europy (lub raczej Rysiem albo nawet Żbikiem Europy jesteśmy)! Nic dziwnego, że oni mają kryzys, a my nie. Nie ma więc powodu nie wierzyć naszym mądrym, silnym i pięknym politykom. Trzeba się tylko cieszyć i zacierać ręce, bo ejakulacja zysków jest o dwa pchnięcia stąd.
Jasne, kurwa…

Ale faktem jest, iż młode zwyrole, z którymi spotkałem się w kraju, nie narzekają. Szczerze - więcej biadolenia słyszę z ust emigrantów, którzy finalnie zamykają miesiąc całkiem konkretnymi oszczędnościami, niż od młodych Polaków w kraju, którzy próbują wiązać koniec z końcem imając się chujowych często posad, spłacając kredyty i próbując jeszcze studiować coś zaocznie lub się szkolić. To jest kozactwo prawdziwe i kurewsko mi imponuje takie pozytywne zrycie beretu. Raz po raz słyszę od kumpli, że próbują jakiś biznes własny zacząć - mimo kłód rzucanych pod nogi (ich ilość wciąż jest znaczna, mimo iż symbolicznie starano się ją ograniczyć, dokonując kilku symbolicznych raczej zmian i wybiegów). To prawdziwie szalone gówno, jakem Wuj MADness.

Puenta - DT starają się być na bieżąco w kwestiach społecznych, gospodarczych, politycznych, seksualnych, psychopatologicznych. Stąd mój dzisiejszy - może nieco poważniejszy ton - skierowany do dorosłego, uforumowanego mentalnie, wyrobionego Czytelnika.
Dzieci Neostrady: nie martwcie się, wkrótce znów tekst o sraniu, rzyganiu, ruchaniu lub innej obrzydliwości.

Żeby napisać komentarz musisz się zalogować.

Po co? Bo nie chcemy tu dzieci neostrady i onetowych tłuków.

Nie masz jeszcze konta?
Rejestruj ryja NOW!

Przypomnienie hasła

Koszulki z nadrukiem